sobota, 13 października 2012

Ride, Lana, Ride!


Ta dziewczyna ma wszystko, co potrzeba, by stać się gwiazdą - charakterystyczny wizerunek i styl, wzbudza kontrowersje (co jest z tymi ustami... bogaty tatuś... czy ona umie śpiewać... etc.) i ma też dobre piosenki - fakt, czasem zbyt do siebie podobne, ale i tak z wyższej półki dobrego popu. Od dobrych piosenek powinnam zacząć, ale wiadomo jak to jest w tym naszym dzisiejszym szołbizie. Lana del Rey wydała płytę, która sprzedała się w milionach egzemplarzy. Nie przebiła Adele, ale to akurat słusznie. Sama jej płyty słucham z ogromną przyjemnością (choć bliższa mojej nostalgicznej duszy jest aktualnie Jessie Ware) i wcale mi nie przeszkadza, że na żywo nie brzmi tak dobrze. Ten typ tak ma. Jednak w Polsce była, nawet zaśpiewała i choć misyjna TVP pokazała tylko dwie z siedmiu piosenek, które wykonała, Lana udowodniła, że choć trema ją żżera niczym "mały głód", jej głos nie jest komputerowym tworem. 

Idąc za ciosem, Lana del Rey wypuszcza  edycję płyty "Born to die. The Paradise Edition" (premiera 12 listopada - w sam raz, by zrobić komuś prezent gwiazdkowy) z dziewięcioma nowymi piosenkami, a pierwszy teledysk ją promujący - do piosenki "Ride" trwa aż 10 minut. Choć nie wszystko w nim rozumiem, oglądam go z  przyjemnością, a momentami z zachwytem. Ma w sobie wszystko to, do czego panna del Rey nas w swoich teledyskach przyzwyczaiła. Niepowtarzalny klimat, żonglowanie patriotycznymi symbolami USA, krótkometrażowy film drogi... To swoisty manifest wokalistki, pieczątko podsumowująca ten dobry rok w jej karierze. I tylko ci panowie, niezbyt urodziwi... No ale nie można mieć wszystkiego.

"Każdej nocy modliłam się, by znaleźć ludzi na otwartej drodze. I znalazłam ich. Nie mamy nic do stracenia, nic do zyskania, żadnych pragnień - poza jednym: by uczynić z życia dzieło sztuki"

"Wierzę w Amerykę taką, jaka była kiedyś. Wierzę w osobę, którą chcę się stać. Wierzę w wolność na otwartej drodze. Wierzę w uprzejmość obcych ludzi. A kiedy wszczynam wojnę przeciwko sobie, ruszam. Po prostu jadę. Kim jesteś? Czy masz kontakt ze swoimi najskrytszymi pragnieniami? Czy stworzyłeś sobie takie życie, w którym możesz ich doświadczać? Ja tak. Jestem pop...na. Ale jestem też wolna" źródło tłumaczenia 

Licence to sing - czyli Adele "Skyfall"

Skyfall

5 października, dokładnie o godzinie 0:07 (czyli u nas o 1:07) odbyła się światowa premiera piosenki promującej kolejną część przygód agenta 007. Dlaczego właśnie  5 października, a nie 7? A bo właśnie 5 słynny agent skończył 50 lat (tyle mija od premiery pierwszej części przygód Bonda). Wiem, że nie wygląda, ale tylko w swoim najnowszym wcieleniu Daniela Craiga. Utwór "Skyfall" śpiewa nie kto inny, jak Adele.

 Lubię klimat piosenek z Bonda, szczególnie tych klasycznych, dlatego cieszę się, że najnowszy utwór  do tej klasyki nawiązuje (ok., dwa ostatnie utwory były w porządku, ale to, co wypsnęło się Madonnie, to nieporozumienie).  Marzy mi się motyw przewodni Bonda w wykonaniu Florence Welch albo Muse, ale gdy tylko usłyszałam, że tym razem to będzie Adele, podskórnie czułam, że kroi się coś wyjątkowego. Jeśli chodzi o muzykę, moje dreszcze jeszcze nigdy mnie nie zawiodły.

Już po premierze, głosy wirtualnej krytyki podzielily się na zachwyconych i rozczarowanych. Ja mogę napisać tylko, co sama sądzę. Cieszę się na jesień z tą piosenką, bo zdecydowanie zawyży poziom muzyki radiowej. Podoba mi się, jak Adele kontroluje swój głos przez cały utwór i to, że ani razu nie decyduje się na tzw popisówę, a warunki ku temu ma. Jest w  melodii "Skyfall" jakiś niepokój, który trzyma w napięciu do ostatniej nuty.